Stowarzyszenie Miłośników Dębowca i Okolicy

Copyright ©                                                                    

Wspomnienia Marii Cieślik z domu Mikuś, dotyczące pobytu w Dębowcu w czasie II wojny światowej

Przyjechaliśmy do Dębowca do cioci Dykasowej. To dalsza krewna mamusi, Stanisława z domu Zawisza, mąż Franciszek Dykas prawnik, miał sztywną nogę. Ciocia uczyła w szkole, później była kierowniczką. Mieli dwie córki: Krystynę 9 lat I Jasię 4 lat.

Bardzo szybko załatwili nam dom / na Syzmie /, wynajął go ks. Czajka. Dom drewniany, pobielany, wchodziło się do sieni, w której na środku był piec chlebowy. Na prawo pokój, za piecem kuchnia. Na lewo pokój i komórka, w której kiedyś były krowy itd. Wyjście przez sień do ogrodu, zaraz po lewej sraczyk, wycięte serduszko w drzwiach, aby można obserwować co się dzieje na świecie po zamknięciu drzwi na malutki haczyk. Siedzenie drewniane z dużą dziurą przykrywaną okrągłą przykrywką, też drewnianą. Ogród to sad z pysznymi jabłkami papierówkami, malinówkami, no i śliwami krakowiankami. Żadna śliwka węgierka, damaszka itd. nie dorównują tym śliwkom w Dębowcu. Przed domem mały ogródek z kwiatkami.

Zaraz przekonałam się, że to jest raj. Jak mam inaczej określić, jak tu właśnie pierwsza miłość, pierwsza dwója, pierwsza (nie ostatnia) kradzież.

Najpierw pomagała nam ciocia ( Stanisława Dykasowa), wszystko do jedzenia dostawaliśmy od nich.

Niedługo okazało się, że mamy tu bardzo dużo rodziny. Jacyś dalecy krewni Krzywdowie, mieli córkę Jasię, naszą rówieśnicę i małego Jasia. Z nią nie było zabawy, bo mały darł się „Jaśka weź go na ręce”, no i brała. Dość często do nich chodziłam. Kmieciki. Ciocia Hela, ładna, wysoka, dumna. W pierwszych dniach wojny szrapnel uderzył ją w nogę i miała sztywną. Wujek malutki, bardzo miły, syn Jerzy, nigdy nie bawił się z nami. Gnotowie. Mieszkali tuż obok cmentarza w domku na górce, do którego prowadziły niekończące się schody. Była tu babcia 94 letnia. Nie wiedziała co to lekarz, kolej itd. Czytała i córce nawlekała igłę bez okularów. Jak umierała, byłam przy tym, powiedziała do mamusi: „Sianiu ( zdrobnienie od imienia Stanisława) żyłam tak krótko, jakbym weszła tymi drzwiami, a wychodzę tymi.” Pokazała na te drzwi.

Pankiewicze. Na rynku. Dom to już kamienica, choć parterowy.

Vis á vis wejścia do szkoły ciotka Kmiecik, mówiono na nią Kmieciczka.

Za pocztą z tyłu w piętrowym domku na parterze ciotka Hela Wygrzywalska, krawcowa /  poczta w czasie wojny mieściła się w obecnym budynku gminy /. Szyła nam całe lata. Jeszcze przyjeżdżała do Tarnowa „obszywać dom”. Do niej przyjechali ciocia Deisenberg z Bolkiem, starszym od nas, jak i Krystyną i młodszym Marianem- to był ananas. Też do niej przyjechała ciocia Czarnotowa z synem Marianem – jeszcze większy  rozrabiaka.

Był lekarz Szubarga, mieli syna młodszego, Józka. Mieszkali na plebanii, chodziłam tam, bo miał zabawki, jakich nie widziałam, nawet wszystko do odprawiania mszy, procesji, dzwonki itd. Któregoś dnia przebrał się za księdza, miał monstrancję, baldachim i cała gromada wyszła na ulicę, chłopcy dzwonili jak szaleni, on coś śpiewał i tak maszerowaliśmy. Doszliśmy kawałek od plebanii do cioci Dykasowej. Tu nas zatrzymano. Wszyscy ludzie w oknach, oburzenie straszliwe. Jak można robić sobie zabawę z kościoła. Wszystkie dzieci dostały lanie, tylko nie on. Raz rozzłościł się na mnie, był mały, wszedł na werandzie na ławkę i uderzył mnie w twarz. Oniemiałam, nikt nigdy tak mnie nie uderzył. Tatuś to widział, złapał go i sprał. Następne osłupienie: od bicia była mamusia, tatuś nigdy nas nie uderzył, wystarczyło, że powiedział: „proszę, żeby się to więcej nie powtórzyło”. No i się nie powtarzało. Józek też był zszokowany, jego też pierwszy raz uderzono, nie płakał, bo mu było wstyd.

Nad Wygrzywalską mieszkali p. Marchwiccy / wysiedleńcy z poznańskiego /. On był kierownikiem szkoły. Bardzo wysoki, tęgi, brunet ze szpiczastą bródką, budził respekt. Do klasy chodziłam z jego córką Danką. To była świetna koleżanka, tak jak i Zosia Pawłowska i wiele innych.

W Dębowcu było dużo przyjezdnych pań z całej Polski, wszystkie z dziećmi. Panowie byli na wojnie, niektórzy, wiadomo już było, że zginęli. Dużo z nich bardzo ładnych, eleganckich, np. Fiszerowa z synem Adamem, Myczkowska (mamusi koleżanka) z córką Marysią, Mastejowa z synem Andrzejem.

Cały świat kulturalny skupiał się na werandzie u cioci Dykasowej, kto się nie mieścił, siedział na schodkach. My z Krystyną przeważnie na progu łuskałyśmy fasolę, groch. Ile wyłuskałam, tyle dostawałam do domu. Jaśka trzymała się spódniczki ciocinej, tak, że do ubikacji ciocia też ją zabierała. Jeśli nie darła się na cały Dębowiec.  Dlaczego ta, a nie inna weranda? Bo w centrum, na rozwidleniu dróg: do rynku, na Cieklin i na Syzmę,  na której my mieszkaliśmy, na Folusz i do Jasła. Tu było widać wszystko: kto idzie na nieszpory, kto wraca z pola, kto wchodzi do sklepu Ślęzaka, kto na pocztę, no i kto wraca z gospody Pankiewicza. Dom cioci Dykasowej w Dębowcu: drewniany, trochę żółty, nad werandą taras mały. Szło się przez sień, znów piec chlebowy. Tu były 3 pokoje, kuchnia, drewutnia, stajnia, była krowa. Wyjście do ogrodu, jakby ganek wzdłuż domu, zadaszony, tak aby można było suchą nogą wejść do ślicznego sraczyka. A dlaczego ślicznego: bo dziura w desce była w kształcie serca i przykrywa też serce. W ogrodzie studnia, tak jak i u nas i wszędzie, sieczkarnia, szopa no i dużo drzew owocowych. Przed domem malutkie ogródki z kwiatkami. Na piętrze bardzo duży strych.

(Był też sklep Baczewicza, a rynek nawet ładny, nigdy nie był traktowany jako środek Dębowca). Dorośli za bardzo tym wszystkim się nie przejmowali, rozmawiali, śmiali się. Tatuś, mistrz opowiadania kawałów sypał nimi, był zawsze jakiś placek i tak się zabawiali.

Chodziliśmy do księdza na plebanię na renklody. Wprawdzie pyszne były krakowianki, no ale jak się ma mała śliwka do renklody? W ogrodzie były, jak myśmy mówili, wściekłe psy. Trzeba było błyskawicznie znaleźć się na drzewie, oczywiście po sforsowaniu sztachetowego płotu, nazbierać ile się da. I zawsze byli chłopcy wyznaczeni do odciągnięcia psów, aby ci z drzew mogli zwiać. Nie jeden raz czułam oddech psa przy nodze. Ale co za frajda jedzenia kradzionego! Powtórzyliśmy to po latach kilkunastu, dorośli żonaci, ja mężatka. W wakacje pojechałam do cioci Dykasowej. Była akurat zabawa. Cel – oświetlenie uliczne. Ciocia była w komitecie i choć nie chciałam, poszłam na tę zabawę.  Tu po latach spotkała się nas spora grupa tych przyjezdnych i miejscowych. Zanim zabawa się rozkręciła, ktoś krzyknął: „Idziemy na kradzione?”. Boże drogi, ja w ślicznej różowej sukience, bardzo wysoki obcas, no ale takiej okazji i to z tą byłą wielką miłością, nie mogłam przepuścić. Sukienka miała ogromne kieszenie i to pomogło mi wynieść bardzo dużo tych renklod, ale problem miałam z płotem. Psy też były, ale jakoś się udało. Wróciliśmy na salę obładowani śliwami, no i zaczęła się zabawa, wspomnienia. Na następny dzień, jak za dawnych lat nasi rodzice, tak teraz my siedzieliśmy na werandzie ku ogromnej uciesze cioci. Nie było końca opowieściom. „Chłopcy”: lekarze, prawnicy, architekci. Jeden z lekarzy, Klimowicz, zaraz wypisał mi zwolnienie lekarskie na 3 dni. Oni byli na wakacjach, a ja przyjechałam na sobotę i niedzielę. I tak codziennie od obiadu do późnej nocy na tej werandzie. Przychodzili też inni. Ciocia szczęśliwa robiła knedle, kanapki, ciasto i nawet dała jakąś nalewkę. Cały czas siedziała z nami.

Do kościoła poszliśmy jak dawniej na 9.00. mieliśmy tak siąść jak niegdyś, jednak co lata, to lata, niektórzy posiadali w ławkach, choć przedtem stali.

Po jeszcze większych latach opowiedziałam o tych kradzieżach proboszczowi i że się nigdy z nich nie spowiadałam. Strasznie się ubawił.

(Wracając do przeszłości, tzn. do lat wojennych):

Zauważyłam, że mamusia kogoś napotkanego (a wszyscy się znali) pyta, czy w polu obrodziło, jak się krowy doją, czy kury dobrze się niosą, itd. Znałam już dużo domów, ale nie wszystkie. No to latałam do tych nieznanych ludzi ciekawa, co u nich. Wchodziłam, pytałam tak jak mamusia to robiła. Niektórzy zaskoczeni pytali, kim ja jestem. No to mówiłam. Odpowiadali. Różnie. Bo jednym szczęście dopisywało, innym nie. Jak już mówiłam: „to ja już pójdę”, mówili: „poczekaj dziecko” i dostawałam ze 2 jajka, kazali mi zrobić podołek, tzn. podnieść sukienkę, wsypywali do niej groch, kaszę, jabłka. Czasem dostawałam kawał chleba, masła, ser itd. No i nawet nie wiedziałam, że zaopatruję dom. Rodzinę to ja miałam w całym Dębowcu. Młodym mówiłam „ciociu, wujku”, starszym „babciu, dziadziu”.

Raz byłam u sąsiadów. Akurat doili krowy, wzięli mnie do stajni, zapytali czy chcę mleka. Oczywiście nigdy nie piłam takiego z dojków, ciur, ciur do garnuszka i dostałam cieplutkie, pachnące wymionami (niemytymi) i pianką. Pyszności, oblizywałam się. Powiedzieli: „no to przychodź, jak będziemy doić”. A skąd ja miałam wiedzieć, kiedy się doi? Zdecydowali, że trzeba mnie wołać. Nieraz ledwo świt, a tu: „Maryyyyyna!”. Mamusia mnie budziła, brałam garnuś i pędem. Tak było też w południe i wieczór, kiedy przyprowadzali krowy z pola. Rozniosło się szybko po sąsiadach i nieraz musiałam wypić parę kubków, aby nikomu nie zrobić przykrości.
Chodziliśmy czasem do Jasła. Szło się koło klasztoru Ks. Saletynów, mała kapliczka Mikołajek, drogą na mostek diabelski, potem skręt w prawo, polami, miedzami i przez rzekę pod mostem, na drogę i już było Jasło, oddalone o 9 km. Jasło było śliczne, czyściutkie, pełno zieleni, kwiatów. Wchodziliśmy na podwórze, tam gdzie mieszkali dawniej dziadki Mareszowie. Nie było piekarni, ławki dziadzia. Jakieś inne to podwórze.
Któregoś dnia zjawili się u nas Niemcy. Jeden bardzo elegancki, a drugi młody chłopak. Powiedzieli, że będą u nas mieszkać, a w ogrodzie będzie kuchnia polowa. To był jakiś wysoki rangą, a ten młody to jego adiutant. Strasznie mi się podobał, miał rumieńce. Podobno to była malaria. Obaj byli bardzo grzeczni, jeśli chcieli o cos spytać, to najpierw pytali, czy mogą zapytać i dopiero potem zadawali pytanie. Oficer był wiedeńczykiem, nie miał nic wspólnego z wojskiem przed wojną. Pokazywał zdjęcia żony i dzieci, ubolewał nad tym, co się dzieje. Długo z rodzicami rozmawiał.
Pewnego dnia zobaczyłam w ogrodzie samochód pełen kiełbasy. Żadnego Niemca, choć zawsze było ich pełno. Wskoczyłam na samochód, wsadziłam ręce w pęta i tyle ile mogłam objąć podniosłam, nogą oberwałam i biegiem do domu. Jeszcze szybciej mamusia wyprowadziła mnie do samochodu. Już było kilku Niemców. Musiałam oddać wszystko, nawet nie zdążyłam ugryźć. Mama wyprzepraszała wszystkich. Jeden kucharz odkroił mi kawałek kiełbasy. Byłam bardzo rozżalona, że mama podzieliła ją solidnie po równo.
To był okres, kiedy Niemcy zabierali ludziom krowy na kontygent. Rodzinie Mastejów  też zabrali jedyną krowę łaciatą. Ich wnuk  ukradł jakąś krowę z miejsca, gdzie były spędzone, przyprowadził do stajni i przyleciał późnym wieczorem do mnie, abym mu pomogła przemalować ją dla niepoznaki. Skombinował też skądś farbę bordową (nie ma takich krów!). Prawie całą noc malowaliśmy biedne zwierzę. Moi rodzice i jego mama nas szukali po wszystkich znajomych, ogrodach, drzewach, ale nikomu nie przyszło do głowy, że możemy siedzieć tuż pod nosem. Nikt nie wołał, bo była godzina policyjna. Na następny dzień jak dorośli zobaczyli krowę, to już im sił nie starczyło, aby nas ukarać. ...
Tatuś pracował w rafinerii nafty w Niegłowicach. To jest przedmieście Jasła. Nie było go w domu, gdy raz wyszłam z domu, akurat przejeżdżał samochód i wojskowy kazał mi iść. To była łapanka. Na szczęście zobaczyłam nadjeżdżającego naszego lokatora i tak, jak rodzice zawsze się do niego zwracali: „herr”, tak i ja krzyknęłam. Zatrzymał samochód, coś powiedział do tego, co mnie prowadził i zabrał mnie do domu. Gdyby nie on, wywieźliby mnie do Niemiec na roboty. A wywozili od 15-16 lat. Ale ja byłam duża i dojrzała, jak na swoje 11-12 lat.
Pamiętam z tego okresu nadajniki niemieckie, strasznie głośne. Nadawali propagandę, okazało się, że to ze Żmigrodu. To kawał drogi.
Za domem cioci Kmieciczki, w uliczce mieszkały dwie siostry Szafirzanki. Jedna stale siedziała przy krośnie, na którym były śliczne kilimy, dywany w kwiaty. Przebierała tymi szpulami między nitkami, no i nogami. Nieraz siedziałam i podziwiałam. Miała kilka, kilkanaście tych szpul i jak jej się to nie pomyliło. Co chwilę je zmieniała. Druga z sióstr, Maryśka, to taka trochę baba chłop. Ona umiała kląć, czyli mówiła: dupa, gówno, cholera, psiakrew. To ona mówiła: „Staszka, czterdziestka w dupę bije”. Różne miała powiedzenia, zawsze  bardzo wesoła.
Obok cioci mieszkali Hencnerowie. Mieli dwóch synów i córkę. Jeden z chłopców to lekarz okulista, sława w Lublinie. Jak przyjechałam raz, po latach, stary Hencner klepnął mnie w tyłek i powiedział: „Staszka, ty się nic nie starzejesz”. Ciocia (Dykasowa) była oburzona, a ja mu powiedziałam, kim jestem (czyli córką Staszki). Głupio się poczuł, ale to był wesoły pan i śmialiśmy się.
Jeszcze coś o gospodzie Pankiewiczów. To ostatni budynek z lewej, jak się szło od cioci do kościoła parafialnego. Tu było 2-ch chłopców, Andrzej chodził ze mną do klasy. Gospoda była świetnie usytuowana, bo chłopy z kościoła mieli kilka kroków. Żaden nie szedł do domu, tylko tu wstępował. Ładne określenie wstępował, oni tam siedzieli godzinami. Już pracowałam, na delegacji w Krakowie na wielkiej konferencji geodetów z całego południa Polski. Podpisuję listę obecności przed rozpoczęciem, czytam przed sobą na 3-4 miejscu: A. Pankiewicz. Stanęłam i czekam, czy to on, czy nie. Podszedł, poznałam go, on mnie nie zauważa, więc go zaczepiłam, czy już znajomych nie poznaje. Nie poznawał, no to przypomniałam. A on mi mówi: „Jak Cię miałem poznać, przecież ty się nie malowałaś”. Poszliśmy do kawiarni, przed zakończeniem konferencji wróciliśmy, aby się dowiedzieć, co było mówione.
Zaczęły samoloty latać. Tatuś wykopał w ogrodzie coś jak schron w kształcie litery „L”. Były schodki i niski tunel, przykryte darnią. Kilka razy siedzieliśmy tam. Jednak któregoś dnia rodziców nie było, a ja usłyszałam nalot i to tuż tuż. Wyskoczyłam i zamiast biec do tego schronu, zrobiłam parę kroków w przeciwnym kierunku i jakby wcisnęło mnie w ścianę domu. Huk potworny, dym, zaczęłam uciekać tak jak tłum ludzi, w kierunku Jasła. Szłam z ludźmi, już byliśmy na krańcach Dębowca, jak jakiś mężczyzna złapał mnie i zaczął ciągnąć w przeciwnym kierunku, tzn. pod prąd tego tłumu. Próbowałam się wyrwać, był silny, po chwili powiedział, że rodzice nie ruszą się z miejsca, dopóki nie znajdą mnie. Mądrala, a może rodzice są już w połowie drogi do Jasła? Nic go nie było w stanie przekonać. Kim był, nie wiem. Doprowadził mnie niemal pod dom, a tam zobaczyłam rodziców i Dzidka, szaleli z rozpaczy. Jak się oglądnęłam, mężczyzny nie było. A dlaczego tak rozpaczali? Okazało się, że Anioł Stróż czuwał nade mną. Bomba spadła właśnie w to miejsce, w którym znalazłabym się lecąc do schronu. Nie było narożnika domu i ucierpiał sraczyk, przechylił się, nie miał ściany tylnej. Jak mnie zobaczyli, nie wierzyli oczom. Zawsze nam przekazywali: lećcie, jak tylko usłyszycie ryk samolotów, więc myśleli, że jeśli usłyszałam, na pewno pobiegłam.
Rodzice bardzo rozpytywali potem wszystkich, czy pamiętają, kto mnie przyprowadził. Znaleźli się tacy, co pamiętali, ale tylko mnie. Nie widzieli z kim szłam. Mogli oczywiście nie zwrócić uwagi w tej panice.
Za parę dni zobaczyliśmy jak Jasło się pali. Straszny widok ognia na ogromnej przestrzeni. Słyszało się, że Niemcy odgrażali się, że kamień na kamieniu nie zostanie, no i dotrzymali słowa. Wycofując się podpalili. Nasz Niemiec pożegnał się i wyjechał z kuchnią polową.
Tatuś znów bez pracy, bo rafineria też spłonęła. Ale w sumie miał jej pod dostatkiem, bo naprawiał uszkodzenia. Kilka dni spaliśmy tak, że z łóżek widzieliśmy niebo, dach wyglądał jak sito z dużymi otworami.
Znowu przeprowadzka, znowu pożegnania niekończące się, no bo trzeba z wszystkimi. Ile ja się nagoniłam! Po tych ciociach, babciach, wujkach, dziadkach. Ale jak przyjeżdżałam potem do cioci, właściwie mogłam przyjechać do każdego. Wszyscy mnie witali, ja ich i znów wypytywałam o te pola itd.
Odjeżdżałam z Dębowca z rozdartym sercem....
Muszę wrócić do wspomnień o Dębowcu. Przecież tam cały czas była babcia Mareszowa, ciotka Felka (siostra St. Dykas), Aldona i Grażyna. My do nich nie chodziliśmy, bo miały mini pokoik. Załatwiało się wszystko przy okienku na poczcie, gdzie Felka pracowała.. Nie pamiętam, aby babcia była choć raz  u nas. Ani ciocia Felka, ani Aldona. Przylatywała czasem Grażyna.
Moja pierwsza dwója. Na placu koło cioci Dykasowej, na lekcji fizyki  / plac po  drewnianej szkole z 1845r, nazywany „placem szkolnym”, obecnie na nim cukiernia /. Pani wyprowadziła nas na takie coś, jak kawałek boiska i połączyła przyjemne z pożytecznym. Równocześnie graliśmy w dwa ognie,   a pani wywoływała do odpowiedzi po kolei. W momencie, kiedy miałam piłkę i chciałam kogoś „skosić”, zawołała mnie. Leciałam w jej kierunku z piłką, kazała odrzucić i zapytała, jak działa dzwonek. Boże drogi! W takim momencie i takie głupie pytanie. Pośpiesznie odpowiedziałam: „pałka bije o gałkę i dzwonek dzwoni”. Już leciałam do gry, jak usłyszałam: „dwója”. No to co! Ważniejsza była gra.
Ciocia Hania / Anna / Dykas, siostra Franciszka mieszkała koło kościoła w jednym z tych ślicznych domów, gdzie werandy były jakby z koronek. To była przeurocza osoba. W mieszkaniu, tak jak i w innych domach, moc ozdóbek, wycinanek z papieru, malowanek, ozdoby z bibuł kolorowych. Nad łóżkami obrazy Matki Boskiej i Pana Jezusa, albo Pan Jezus w Ogrójcu. Łóżka były przykryte kolorowymi narzutami, czasem aksamitnymi, wykończone falbanami. Na łóżkach wszędzie w domach leżały poduszki. Na spodzie ogromniasta, po bokach śliczne doszyte koronki, na niej ciut mniejsza, stos, aż do małego jasieczka. Wszystkie bielutkie. One nie były do spania, a do ozdoby. Kuchnie to też były arcydzieła. Te kredensy, na każdej półce zwisała wzdłuż biała serwetka, haftowana, wyszywana. Na ścianach patelnie, bardzo często miedziane, garnczki, trojaki, dwojaki, łyżki drewniane różnych rozmiarów, młynki, moździerze, żelazka itd. Na ścianach serwetki też wyszywane kolorowo z napisami, np. „Gołąbki nie lecą same do gąbki”, albo „Smacznego”. Nie jestem w stanie opisać tych wnętrz, tak kuchni, jak i pokoi. Jak mogłam nie latać i nie oglądać? To jej było powiedzenie, że biały ser na śniadanie to brylant, na obiad perła, a na kolację – ołów.
Mamusia zima, lato myła się w zimnej wodzie. Stawała w balii, polewała się, mydliła i znów polewała. Po takiej toalecie w zimie chodziłyśmy na roraty o 6-tej rano do lodowatego kościoła. Czasem chodziłam na roraty z babcią Mareszową. Siedziało trochę kobiet, wszystkie w chustkach z długimi frędzlami. Z nudów plotłam warkoczyki z tych frędzli.
W Dębowcu, Dzidek, mój brat nauczył się pływać. Chłopcy, jak się dowiedzieli, że nie umie, wzięli go nad rzekę. Zaczęli chodzić po barierce mostu, zmusili go do wejścia na nią, a jak wszedł, zepchnęli. Oczywiście kilku skoczyło za nim. Ale zanim go wyciągnęli, pozwolili, aby sam się ratował.
  
Maria Cieślik  zwana Maryną, z domu Mikuś, córka Stanisławy z Mareszów i Edwarda, wnuczka Karola Mikusia, powstańca styczniowego, urodzona w Krakowie w 1932r. swoje wspomnienia związane z pobytami w Dębowcu tak okresu II wojny jak i powojenne  spisała po latach – na przełomie XX i XXI wieku w Reykjaviku. Uporządkowała je  bratanica Katarzyna Edwardsdóttir i dzięki Jej  uprzejmości możemy je opublikować.  Sa to więc wspomnienia starszej pani z czasow dziecinstwa. Pobyt w Dębowcu – jak pisze bratanica - wspominala zawsze z wielką przyjemnoscią.
Mimo, że byly to lata wojenne, to jednak szczesliwe, z obojgiem zdrowych rodzicow. Dlatego te wspomnienia dębowieckie  były cioci tak miłe.
W tekście naniesione zostały poprawki dotyczące nazwisk, przy niektórych opisach  kursywą   dodano uzupełniające informacje. Tekst został    też dla większej przejrzystości nieznacznie uporządkowany. Po wyjeździe z Dębowca M. Cieślik   zamieszkała w Kobylance, a następnie  w Tarnowie. Ostatnie lata spędziła w Islandii.