Stowarzyszenie Miłośników Dębowca i Okolicy

Copyright ©                                                                    

Wojna obronna w 1939r.

Rocznica wybuchu II wojny światowej to jednocześnie czas na wspomnienie o wojnie obronnej. W Dębowcu jest to wspomnienie nierozerwalnie związane z działalnością  Kompani „Dębowiec” Obrony Narodowej. Poświęcony jej żołnierzom pomnik stanął w Dębowcu  przed 70. rocznicą wydarzeń, w sierpniu 2009r.

Prezentujemy wspomnienia nieżyjącego już  jednego z uczestników tych wydarzeń, Jana Chochołka z Zarzecza, spisane kilkanaście lat temu.

Warto przypomnieć przy tym, że w dniu 15 sierpnia 1939r. w dębowieckim rynku miał miejsce wiec patriotyczny, w ramach którego z płomienną mową wystąpił Jan Mastej, dębowczanin, nauczyciel pracujący na  Górnym Śląsku, aresztowany później przez gestapo i zamordowany w Oświęcimiu. Tego dnia miał również miejsce przemarsz nie tylko oddziałów ON ale i Gwardii Dębowieckiej, straży pożarnej oraz Drużyny Bartoszowej z Woli Dębowieckiej. Przed wymarszem w rejon granicy w ogrodzie klasztornym  miał miejsce obiad żołnierski. Tekst wspomnień przedstawiamy bez większych  poprawek i skrótów.

„W czerwcu 1939r. zostałem powołany na dwutygodniowe ćwiczenia wojskowe. Miejscem powołania był Dębowiec a zakwaterowanie – budynki klasztorne. W czasie ćwiczeń odbywaliśmy zajęcia taktyczne, ostre strzelanie w miejscowości Folusz, natarcie do miejscowości Hałbów oraz rejon codziennych normalnych zajęć – tereny położone koło rzeki Wisłoki oraz teren pastwisk na Józefowie. Zajęcia prowadzili oficerowie wchodzący w skład  kompanii jak też przyjeżdżali z wyższego dowództwa.

Po odbyciu  ćwiczeń zostałem zwolniony jak wszyscy do domu z tym, że otrzymałem  umundurowanie bez broni do domu.

W dniu 24 sierpnia zostałem zmobilizowany i wstawiłem się zaraz do miejsca zakwaterowania tj. w Dębowcu, gdzie byłem jednym z  żołnierzy  kompanii dębowieckiej, która wchodziła w skład batalionu jasielskiego. Oprócz kompanii był jeszcze samodzielny pluton CKM, a jak mi było wiadomo, znajdujący się gdzieś w rejonie granicy koło Grabiu samodzielny  pluton zwiadu, który wymaszerował tam tydzień wcześniej. W dniu mobilizacji wyruszyliśmy zgodnie z przeznaczeniem w kierunku granicy z Czechosłowacją i maszerowaliśmy przez Załęże, Osiek w którym mieliśmy postój i otrzymaliśmy posiłek – następnie Nowy Żmigród, Krempną i miejscem zajęcia pozycji było Żydowskie, a posterunkiem obronnym przygranicznym  był Grab. Z tego co mi wiadomo we wsi Ciechań pozycję obronną zajęła kompania jasielska a w Krempnej kompania żmigrodzka. Wiem jeszcze z relacji z owego okresu, że w rejonie  Kotani – Świątkowej – Rozstajnego miał być rozmieszczony batalion rzeszowski. Po dotarciu na miejsce otrzymałem RKM i jako strzelec I drużyny wraz ze swoimi kolegami zostaliśmy skierowani pierwsi do zajęcia posterunków obronnych w miejscowości Grab. Po wybuchu  wojny, kiedy na linii frontu zaczęła się strzelanina i wróg ostrzeliwał nas z dział małego kalibru, otrzymaliśmy rozkaz opuścić te pozycje i zajęliśmy pozycje w Żydowskiem.

Obrona pozycji oraz ich utrzymanie trwało do dnia 7 września 1939r. W dniu tym wiedzieliśmy, że część wojska  zostało wycofane z zajmowanych pozycji, a to wycofała się kompania jasielska i żmigrodzka. Ja pełniłem służbę w okopach wraz z innymi. Moi pomocnicy do obsługi RKM poszli na obiad i mieli go przynieść mnie jak i innym, którzy pozostali w transzei. Po dość długim czasie, kiedy już ich nie było dowiedziałem się, że jest rozkaz wycofania się ale jeszcze nie opuszczałem  zajmowanej pozycji, czekając na  moich kolegów. Wiedziałem też, że w okopach znajdują się  inni na warcie. Widząc, że nikt do mnie nie przychodzi jak również wolanie na innych wartowników nie dało rezultatów, poszedłem osobiście sprawdzić co się dzieje z tymi co wartują i okazało się, że zostawili swoje pozycje wraz z ekwipunkiem, płaszczem itp. i uciekli. W całym tym czasie trwała strzelanina od strony Niemców, tak z broni maszynowej jak i z dział  małego kalibru. Znając ze szkolenia oraz jeszcze ze służby wojskowej zasady wycofywania się w czasie ognia nieprzyjaciela, zabrałem RKM wraz z amunicją i wycofując się biegłem w stronę lasu. Dla upewnienia się wstąpiłem do namiotu sztabowego znajdującego się w zaroślach, ale widząc, że wszystko jest powyłączane  i sprzęt wraz z telefonami zabrany i nie ma nikogo, skierowałem się do lasu  i chciałem lasem dołączyć  do kompanii w Krempnej. Dzień chylił się ku zachodowi. Idąc cały czas lasem stale była strzelanina. Kiedy  byłem  na górze z której widziałem Krempną i zgromadzone wojsko nadleciał samolot niemiecki i dokonywał zwiadu.  Nasi żołnierze do niego strzelali. On zrobił oblot i lotem koszącym kilkakrotnie ostrzelał oddział, który się rozleciał na wszystkie strony szukając schronienia, i zabił kilka koni.  Z lasu dochodziły strzały w kierunku wojska i w tym kierunku, co ja miałem iść. Wróciłem się  do lasu, zacząłem iść i zauważyłem że to Niemcy posuwają swój zwiad i strzelali z CKM. Robiło się w lesie ciemno, wobec tego postanowiłem że noc spędzę w lesie, aby nie pobłądzić.  Mając broń i amunicje przy sobie nie bałem się powziąć takiej decyzji, zdecydowany rano wyruszyć  dalej w drogę. Po spokojnej nocy, w której jednak strzały nie umilkły, jeszcze szarówką postanowiłem swój plan zrealizować. Po przemaszerowaniu pewnej odległości zobaczyłem zabudowania, postanowiłem wejść ale w jednej zagrodzie był bardzo zły pies, którego musiałbym zastrzelić aby wejść, więc poszedłem do następnej zagrody. Tam też był pies, ale go jakoś karabinem powstrzymałem i pukałem do okna. Właściciel pełen strachu mnie wpuścił i mówił, że jest wojna. Ludzie z domu powynosili meble, krowy powypuszczali do lasu, oni spali u sąsiada w piwnicy; jednym słowem wszyscy  bali się wojny. Nie opodal znajdował się leśniczy, który pochodził z Rzeszowa, a był nadzorcą w lasach koło Krempnej. On mając radio wszystko wysłuchał i wiedział co jest na froncie. Po zapoznaniu mnie z sytuacją i wysłuchaniu moich zamierzeń powiedział mi, że Warszawa się broni, Polska jest już zajęta, a ja jak nie chcę iść do niewoli niemieckiej albo być zabity to mogę przedzierać się na wschód. W terenie, na którym my jesteśmy są już Niemcy i nic nie zrobię. Po wypytaniu się o moje miejsce zamieszkania, rodzinę itd. powiedział mi abym zdjął mundur,  ubrał ubranie cywilne i poszedł do domu, niszcząc również dokumenty wojskowe. Wobec tego, że byłem bardzo zmęczony położyłem się w jednym domu na strychu spać, aby wypocząć. Po wypoczęciu z wrażenia jak również pod wpływem opowiadania jednego z chłopaków, którzy wrócili z Krempnej,  nie mogłem nic jeść jak również nie wiedziałem, co ze mną będzie.  Wokoło pełno wojska niemieckiego, czołgi, działa, samochody kierujące się w stronę  Żmigrodu. Po namyśle wyruszyłem w drogę do rodzinnej miejscowości i szedłem droga tą, która z wojskiem przyszliśmy.


            W czasie przybycia do Hałbowa spotkałem  Cygana z Ciechani, który rozpoznał mnie, że ja jestem wycofującym się  żołnierzem z kompanii dębowieckiej  i mówił, że trzech żołnierzy z Gminy Dębowiec jest zabitych.  Kiedy dotarłem na miejsce, gdzie leżeli, zobaczyłem ich porozbieranych, bez butów, z ranami postrzałowymi w piersi Dwóch leżało we fosie  przy drodze po lewej stronie w kierunku Krempnej, a trzeci leżał dalej w krzakach, widać z tego, że uciekał lub po otrzymaniu kuli jeszcze biegł i tam padł.  Wokół nich było dużo ludzi, byli to żołnierze plutonu CKM, którzy bronili drogi przed Niemcami. CKM był zabrany, a we fosie leżała podstawa. Koło jednego leżała legitymacji z napisem Gmina Dębowiec i nazwisko Kamiński.  Sądząc po ich wyglądzie – byli zakurzeni i żółci – zginęli wieczorem 7 września  lub najpóźniej rano 8 września. Po zobaczeniu powyższego skierowałem się w dalszą drogę. Szedłem polami, fosą koło drogi. Bałem się iść drogą, którą stale jechały niemieckie pojazdy wojskowe, a kolumnami kierowali żołnierze na motocyklach. Wówczas widziałem, jaką siłą pancerną i zmotoryzowaną dysponują Niemcy. Nasze uzbrojenie w stosunku do nich było bardzo mizerne i przestarzałe, a szczególnie ich broń maszynowa i mechanizacja były nad podziw nowoczesne.

            Gdyby chart ducha i bojowość naszego żołnierza  były poparte takim uzbrojeniem, to chcę stwierdzić, że w owym czasie nie byłoby potężniejszej armii w Europie jak również i na świecie. Innym słowem Niemcy napadając na Polskę, z tego co widziałem na własne oczy, byli uzbrojeni po przysłowiowe zęby.

            Byłem bardzo zmęczony, dzień był już daleko po południu, tu i uwdzie widziałem jak zepsute pojazdy naprawiali Niemcy klejąc przebite koła, a przy moście w Kątach było pełno samochodów, a Niemcy kapali się w rzece, ponieważ pogoda była piękna. Ja strudzony tym wszystkim trochę ochłonąłem, usiadłem na miedzy na polu i miałem chleb  oraz ugotowane kilka jaj.  Spożyłem pierwszy posiłek od rana, ponieważ dopiero teraz mogłem coś zjeść. Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy przyszedłem do Nowego Żmigrodu.  Wszędzie pełno Niemców, na placu koło mostu pełno samochodów, jakieś przeładunki amunicji i prowiantu. Całe kolumny udawały się w kierunku Nienaszowa na wschód i w kierunku Dukli. Poszedłem do znajomych zapytać się co tu słychać, od których otrzymałem informację, że gdybym nie przeszedł już tyle kilometrów wśród wojska niemieckiego to zrezygnowałbym z dalszego zamiaru, a czekałbym czy to wszystko się sprawdza.  Nie czekając wyruszyłem dalej w kierunku na Osiek i tam też dowiedziałem się, jak życie się toczy, ale Niemców w Osieku jeszcze nie było.  Jeden Żyd, który znał mnie sprzed wojny,  sam chciał wiedzieć i zawołał mnie, abym mu coś powiedział. Był bardzo przestraszony wybuchem wojny. On chyba przeczuwał, co z nimi będzie. Szedłem dalej przez Załęże w stronę Dębowca, byłem bardzo ciekawy  czy moi koledzy już wrócili. , ponieważ tylko wiedziałem, że kompania była  w dniu 7 września w Żmigrodzie i wycofała się dalej na wschód. Kiedy przyszedłem do Dębowca, ale dopiero do domów, gdzie się rozpoczynał, tam mieszkał Władysław  Kiełbasa już nieżyjący, a był z mojego roku i był razem ze mną w Obronie Narodowej w Kompanii Dębowieckiej, podszedłem pod dom, który jest przy drodze, a stoi on do dzisiejszego dnia, było już ciemno, ludzie świecili lampy naftowe, chciałem zaglądnąć przez okno do domu, ale były okna pozasuwane i nic nie mogłem widzieć. Słyszałem jakieś rozmowy. Na drodze było pusto, nie było wokół nikogo jak również, kiedy szedłem przez Załęże  nie spotkałem nikogo i nie mogłem nic widzieć.  Odległość od budynku Kiełbasy w prostej linii do mojego domu na Zarzeczu wynosi  około dwóch kilometrów. Nie mając żadnych wieści postanowiłem iść prosto do domu. Przebrnąłem rzekę Wisłokę i jeszcze 200 metrów i już byłem w obejściu. Wokół cisza, nikt nic nie robi. Nie wiem co jest we wsi, czy są Niemcy, nadsłuchuje i podchodzę do domu, a w ciemności widzę jak żona wraz z synem po mojej siostrze przyjechali z pola, co siali żyto i chowali do szopy narzędzia. Ja podszedłem i chwyciłem z tyłu żonę za ramiona, po przywitaniu opowiedziała mi, że  rano już mnie opłakała, ponieważ powrócili niektórzy co ze mną byli do domu i nawet jeden kolega z drużyny Trzeciak Wojciech. Była u Michnala Franciszka, który powiedział, że ja chyba zostałem zabity, bo widzieli inni jak uciekałem w kierunku lasu i przewróciłem się i dlatego sądzili, że zostałem zabity, ponieważ była strzelanina, a odległość była duża i nie widzieli jak ja wstał / a ja zawadziłem o pniak i ostrężynę / i pobiegłem do lasu. Następnie Michnal powiedział, że wszyscy byli w Żmigrodzie sprawdzani i brakowało jednego właśnie mnie i to ich utwierdziło w przekonaniu, że  ja jestem zabity.

             W dniu 6 września  żona była u mnie w odwiedziny w  Krempnej, z którą się widziałem, ponieważ w czasie wolnym  od służby poszedłem z Żydowskiego do Krempnej, dlatego też ona wiedziała, że byłem cały i zdrowy. Na drugi dzień dowiedziałem się kto wrócił, a część przeszła różne losy wojennej tułaczki. Znaleźli się nawet w obozach  dla internowanych na Węgrzech, musieli nielegalnie przekraczać granice na Sanie, by wrócić do domu.

            Po powrocie do domu cały czas nie byłem pewny co Niemcy zrobią z byłymi żołnierzami, ukrywałem się, nigdzie nie oddalałem się od domu, aż  późną jesienią otrzymałem wezwanie do  Dębowca do klasztoru i tam idąc wraz z innymi baliśmy się, że nas zabiorą.  Stojący na warcie żołnierz niemiecki umiał po polsku i powiedział nam wstępnie o co chodzi. Gdy już dużo byłych żołnierzy się zebrało wyszedł niemiecki oficer wraz z tłumaczem i wyjaśnił, po co nas zwołano i jak mamy się zachowywać obecnie.  Powiedział, że do ich armii nas nie wcielą, kazał iść do domu i  nie organizować nielegalnych organizacji. Z tego co mi wiadomo po wycofaniu wszyscy  żołnierze próbowali na własną rękę lub zbiorowo przedostać się na wschód lub na Węgry.  Część z nich powróciła zaraz do domu, natomiast inni dostali się do niewoli, zostali internowani do lagrów na Węgry, z których powrócili po roku czasu, innych rozbroiły grupy zbrojne Ukraińców jak np. Konopkę  Antoniego, który uciekał do siostry koło miejscowości Równe, a inni po tułaczkach wrócili do domu późną jesienią, musząc nielegalnie  przekraczać już ustalona  granice przez Niemcy i ZSRR oraz kilku nie powróciło nigdy do domu”.

            Dalej następuje  lista nazwisk innych uczestników wydarzeń,  którzy utkwili w pamięci Jana Chochołka.  Tyle relacja o wydarzeniach sprzed lat. Nazwiska wszystkich uczestników wojny obronnej, żołnierzy Kompanii Dębowiec ON, widnieją na tablicach pomnika przy starej szkole w Dębowcu.

 
Wspierane przez Hosting o12.pl